pogrzeb_narbutta

Saładuszka – zdrajca Ludwika Narbutta

Po śmierci matki, pracowałam jeszcze rok jeden przy ojcu ukochanym, ale zaszły wypadki, które zmusiły mnie wyjechać do Lidy. Pożar stajni i wozowni pozbawił nas uprzęży i bryczki; choroby uczennic, krup jednej i tyfus drugiej, znaczna odległość do doktora i apteki, wszystko to uczyniło niemożebnem pozostanie nadal w Budowie. Wzywana i zachęcana przez marszałka Stefana Butkiewicza, wybierałam się do Lidy. Przybył wówczas z zagranicy brat mój Konstanty, zdymisyonowany kapitan i zajął się czynnie i życzliwie mojem przewiezieniem. Nie miałam najmniejszych funduszów przy wyjeździe z Budowa; Konstanty wszystko własnym kosztem załatwił; najął mieszkanie w Lidzie, z Wilna meble sprowadził, a mając sam szczupłe fundusze, dla zmniejszenia wydatków i chcąc żeby w całości pod jego dozorem doszły do Lidy, szedł piechotą przy najętych furmankach. Cały rok mieszkał w Lidzie, pomagając mi w prowadzeniu gospodarstwa i w kierowaniu nauk. Prowadził rachunki, starannie i umiejętnie, uczył arytmetyki, historyi polskiej od Kościuszki do najnowszych czasów, posiłkując się w tem streszczeniem tłumaczenia z niemieckiego, które sam ułożył. Ksiądz K. uczył religii; nauczyciele szkoły chłopców, Sztask i Hołub innych przedmiotów; były jeszcze siostra moja Antonina, Julia Potem i obie Oranowskie, cztery niezmordowane pracownice. To też nauki szły świetnie i liczba uczennic coraz to wzrastała. Po ukończeniu roku szkolnego i rachunków ze mną, wyjechał Konstanty do Wilna i oddał się z zapałem sprawie narodowej.

Bracia moi, Cypryan i Mieczysław, nie wiedzieli o śmierci matki, jadąc na wakacje po domu, Cypryan jechał na Petersburg dla widzenia się z bratem Mieczysławem i prawdopodobnie dla porozumienia się ze studentami uniwersytetu petersburskiego. Sam zaś skończył tegoż roku uniwersytet w Moskwie na wydziale nauk przyrodniczych ze stopniem kandydata. Ksiądz Mieczysław, po ukończeniu seminaryura w Wilnie, w tym roku przed wakacyami został wyświęcony na księdza i zaprosiwszy jednego księdza profesora i jedenastu kolegów kleryków, jadących do Wilna, na swoją prymicyę do Wasiliszek, przybywał do Kudowa. Cypryana zobowiązał, aby rodziców o tem uwiadomił. Było to na drugi dzień po pogrzebie matki. Myśmy pojechały z siostrą do Wasiliszek i jak zwykle modliłyśmy się przed wielkim ołtarzem; Cypryan, przyjechawszy do Wasiliszek, widząc kościół otwarty, wszedł, myśląc, iż znajdzie matkę na swem zwykłem miejscu; spostrzegł nas, ale nie chcąc przerywać nam modlitwy, czekał pókiśmy jej nie skończyły. Kiedy z kolan podniosłyśmy się i Cypryan z pod długiego okrycia spostrzegł żałobę, zgadł, że nie ma już matki i poszedł szukać świeżej mogiły! Tuśmy go płaczącego zastały… Po smutnem powitaniu pojechał brat zaraz w ważnym interesie do kogoś z sąsiedztwa, zapominając zawiadomić nas o przyjeździe ks. Mieczysława. My z siostrą pojechałyśmy do krewnej naszej p. Julii P., aż tu przybył goniec od ojca naszego, że pojutrze będzie prymicya ks. Mieczysława w Wasiliszkach, poczem z gośćmi swoimi będzie w Kudowie na obiedzie. Moje zaś meble i naczynia kuchenne były już w Lidzie. Co robić?! Dobra p. Julia uspokoiła nas mówiąc, że się wszystkiem zajmie, wróciłyśmy więc do domu, skąd wysłałam listy do krewnych, zapraszając na ten dzień na mszę św. do Wasiliszek i obiad do Kudowa. Pani Julia przysłała wszystko: meble, prowizye do obiadu, kucharza, lokaja, samowary, słowem wszystko a wszystko. Na drugi dzień pojechaliśmy do Wasiliszek, gdzie wszyscy krewni się zebrali. Co za uroczysty, ale też jak bolesny był to dzień dla nas! Biedny ks. Mieczysław! Jakież to uczucia napełniały serce jego, jak mu matki w tym dniu uroczystym brakowało!…? Kilka tygodni bawił ksiądz w Kudowie; jeździliśmy razem na mszę św. do Zabłocia, tam młody apostoł prawdy i dobra pierwszy raz zasiadł w konfesjonale; byliśmy w Dubiczach, gdzie w bitwie poległ Narbutt i towarzysze broni.

Po wakacyach ks. Mieczysław przeznaczony został do Białego Stoku, Cypryan wyjechał do powiatu kohryńskiego, ja do Lidy z siostrą Antoniną. W Lidzie pracowałam – jak już wspomniałam z zadowoleniem. Zaczęły się demonstracye; pożegnanie Bolesława Kołyszki, urządzone podczas wakacyj w moim domu, wywołało prześladowanie; kazano mi z Lidy wyjechać. Nad gromadką powstańców Narbutt właśnie objął naczelne dowództwo. Męstwo i zapał z wodza na wszystkich żołnierzy przechodziły; walczyli, ufni w swą dobrą sprawę, chcąc umrzeć lub zwyciężyć. Lecz czemuż trzeba na tym świecie, by tyle rzeczy i czynów wzniosłych, zaledwie rozpoczętych, ginęło i do bujnego rozkwitu dojść nie mogło! Czemu i między tymi obrońcami świętej narodowej sprawy, znalazł się zdrajca, który tylu swych braci na śmierć wrogom oddał?? A jednak tak było.

Jeden ze strzelców puszczy Grodzieńskiej, Bazyli, wskazał miejsce pobytu Narbutta i jego towarzyszów! Już cały tydzień pułkownik Timofiejew z wojskiem swojem ścigał Narbutta, który, nie mając sił odpowiednich do stoczenia bitwy, umiejętnie i zręcznie rejterował ku dobrze znajomej sobie miejscowości w okolicach Dubicz. Gdy nareszcie pułkownik cofnął zmęczone swe wojsko ku Lidzie i z 7 wiorst już był uszedł, dopędził go strzelec Bazyli i powiedział, że zaprowadzi wojsko tam, gdzie się poszukiwany Narbutt znajduje. Timofiejew dał mu rubla za zdradę i choć, jak mówiono, niechętnie poszedł za nędznikiem ku wsi Kowalkom w pobliżu Dubicz położonej. Narbutt, po odejściu wojska rosyjskiego, uważał się zupełnie bezpiecznym, a zmęczony do najwyższego stopnia, zatrzymał partyę i usiadł nad brzegiem jeziora w celu odpoczynku. Młody adjutant jego, Adolf Kraiński, powiedział: »Naczelniku, pójdźmy dalej, mam złe przeczucie«. »Nie mogę – odrzekł – zmęczony jestem, nie mam sił«. Po chwili Kraiński powtórzył swą prośbę. Narbutt, który upadał zmęczenia, z miejsca ruszyć się nie chciał. Wtem widzą nasi płynących z drugiego brzegu jeziora dwóch ludzi: »Dajmy ognia naczelniku« – zawołał Kraiński. »To są strzelcy nasi« – odpowiedział Narbutt. Był to nędznik Bazyli, wskazujący drogę pułkownikowi Timofiejewowi. W tej chwili rozległy się wystrzały i kilka kul ugodziło w pierś Narbutta. Czterech powstańców: Józef Pokempinowicz, student z krakowskiego uniwersytetu, Adolf Kraiński, obywatel z lidzkiego powiatu (osierocił młodą żonę i dziatki), Aleksander Brzozowski obywatel z tegoż powiatu i młodziutki Stefan Hubarewiez, syn Stanisława, obywatela lidzkiego powiatu, chwycili ukochanego wodza, by go w bezpieczniejsze miejsce powieść, lecz ugodzeni kulami upadli z drogim ciężarem. Czterech innych miejsca ich zajęło: Franciszek Brzozowski, brat Aleksandra, Włodzimierz Popławski, syn obywatelski z lidzkiego powiatu, młodziutki uczeń gimnazyum, syn obywatela Władysław Żukowski i jeszcze jeden z młodych obrońców, którego nazwiska nie pamiętam. Do nich to konający już Narbutt powiedział: »Zostawcie mnie, już umieram – ratujcie się ucieczką«. Nie zdążyli wodzowi odpowiedzieć, kule ich trafiły; czterej inni ciało Narbutta ponieśli i ci niebawem legli śmiercią, udowadniając ich do Ojczyzny i wodza przywiązanie. Z godzinę, jak mówiono trwała bitwa. Strzelanie było słychać na pięć mil naokoło; przerażenie i złe przeczucie ogarnęło wszystkich, lecz wierzyć nie chciano, aby Narbutt był zabity!

Nikt nie mógł się odważyć udać się na miejsce bitwy i o jej skutkach dowiedzieć. Gdy ani uprosić, ani przekupić nikogo nie można było, siostra moja 19-letnia Antonina, która od paru miesięcy przebywała w Szawrach, majątku Teodora Narbutta, ojca poległego dowódcy, – konno sama do Dubicz się udała. Przybywszy na miejsce i spotkawszy ruską pikietę, powiedziała, że chce się widzieć z pułkownikiem T. Gdy ją przepuszczono, idąc ku niemu, spostrzegła z przerażeniem gromadę ciał krwią zlanych na jednem miejscu, a opodal ciało Ludwika Narbutta, pod strażą czterech uzbrojonych żołnierzy. Zbliżywszy się do pułkownika, prosiła go o pozwolenie pochowania tych ciał podług obrzędów, jakich kościół nasz przy pogrzebie zmarłych używa. »Czy pani ma brata między poległymi« ? – spytał T. »Wszyscy są moi bracia, ja jestem Polką!« – odpowiedziała. Otrzymawszy pozwolenie, rozesłała na wszystkie strony posłańców, wzywając pomocy w opatrzeniu rannych i pochowaniu zabitych. Co za boleść serca przejmowała na widok tej młodzieży w kwiecie młodości, boć najstarszy z nich Narbutt zaledwie 31 lat liczył, poległej; przed paru dniami tak pełnej zapału, tak rwącej się do czynu, a teraz zimnej, nieczułej, martwej!…

Za zezwoleniem Timofiejewa wniesione zostały wszystkie ciała na noc do przysionka kościoła, na Litwie babińcem zwanego; krew z nich tak się lała, że jakby w strumieniu jej leżały. Nazajutrz, raniutko przybyło kilka pań, panien i wieśniaczek. Przywieziono bieliznę i ubranie dla 12 zmarłych, bieliznę, szarpie, bandaże, lekarstwa i pożywienie dla 15 rannych. Jeden z nich był Władysław Nikołai, oficer ze służby czynnej, który po wyzdrowieniu, w Wilnie rozstrzelany został. Doktór Cypryan Piasecki, jak wszyscy inni, zesłany na Syberyę, umarł, pochowany w Tobolsku, Piotr Jankowski do ciężkich robót skazany, a innych nazwisk nie pamiętam. Z pań, które zaraz z czynną dla rannych pomocą przybyły, wiadome mi są tylko p. Tarajewiczowa, z Sołtaniszek, prawdziwa patryotka i panna Józefa Wismontówna, nauczycielka. Inne panie, panny i wiejskie dziewczęta pod ich kierunkiem obmyły, że tak powiem, łzami swemi i najstaranniej opatrzyły rany pokaleczonych i udzieliły im posiłku. Baby kościelne i inne ze wsi sąsiedniej staruszki, żałośnie lamentując, jakby własnych synów opłakując, umyły i ubrały ciała zabitych. Ciało jednego powstańca, znalezione po bitwie w lesie, zostało razem pochowane. Dwanaście trumien niepomalowanych, a trzynasta pół-aksamitem czarnym obita, bez katafalków w kościele ustawione zostały; na spodzie samym sześć trumien, na nich cztery, dalej dwie, i na wierzchu jedna trumna Narbutta, kończyła tę piramidę. Na trzeci dzień od samego rana zjechali się na pogrzeb poległych rodzice, bracia, siostry, krewni, przyjaciele, kto tylko mógł. Było ze dwieście osób, księży 14. Jaka boleść serca napełniła, jaki był tam płacz i jęk, tego opisać niepodobna. Nie było mężczyzny, który nie płakał. Pani Brzozowska z Grurnofela, patrząc ze łzami na trumny dwóch swoich synów, zawołała: » Żałuję moich dzieci, ale więcej Narbutta! Cała nieszczęśliwa Litwa z nim nadzieję swej swobody do grobu składa!« Po nabożeństwie wszystkie trumny w jednej umieszczono mogile, rzędem jedną przy drugiej stawiając, i całą tę ogromną mogiłę zasypano kwiatami. Wszyscy dziękowali mej siostrze za urządzenie pogrzebu, dozgonną wdzięczność jej obiecując, bo pochowanie w tak uroczysty sposób ukochanego wodza i jego towarzyszów, wszystkim osieroconym wielką ulgę w boleści przyniosło. Po pogrzebie pułkownik zabrał 15 rannych, żałujących że żyją, że razem z wodzem i towarzyszami nie polegli i udał się z wojskiem do Wilna.

Następcą Narbutta został Aleksander Poradowski, zwany Ostrogą; siostra moja w krótkim czasie po pogrzebie Narbutta, jadąc do partyi powstańców pod dowództwem Ostrogi, znajdujących się w puszczy Grodzieńskiej, przez zdradę, zamiast do wiernego sprawie naszej Strzelca, została zaprowadzona na miejsce, gdzie stał oddział wojska rosyjskiego; tam ją aresztowano i po dwóch dniach pobytu we wsi Krakszlach, do Wilna odwieziono. Najrozmaitsze okropne, dla przerażenia innych, przez niesprzyjających powstaniu fałszywie rozpuszczane wieści były przyczyną największego dla ojca i dla mnie smutku.

Postanowiłam dowiedzieć się na miejscu aresztowania, co się z Antosią stało. Biedny, poczciwy mój ojciec nie chciał mi na to pozwolić, mówiąc: »Nie mam już dwóch synów i Antosi; tj. przy mnie pozostań, ja twą przyszłość zabezpieczę, dom osobny dla ciebie wybuduję, nie uwolnię cię od siebie, będzie nam wszystkiego dosyć«. Nie posłuchałam mego najlepszego ojca! Stanowczem, wytrwałem naleganiem, wymogłam na ojcu, który nie miał nigdy siły, mnie czegokolwiek odmówić, że dał mi konie i pojechałam do Morgiewiczów. Była to poczciwa szlachecka rodzina, składająca się z 3 braci, dobrych patryotów. Ignacy najstarszy żonaty był z Kwiutówną; Piotr nieżonaty i całą duszą sprawie powstania oddany, obaj byli na wygnaniu w Tobolskiej gubernii; najmłodszy Ludwik, najpoczciwszy chłopak, ale zagrożony powieszeniem z rozkazu rządu, zdradził siostrę moją, oddał ją w ręce moskal. Folwarczek Morgiewiczów, Hanelki, leżał na drodze do Krakszali, udałam się więc najpierw do nich. Tu znalazłam klacz ojca mego i kałamaszkę, na której Antosia z poczciwym włościaninem, naszym Józefem Lepieszą do wojska nieprzyjacielskiego dojechała. Klacz tę i kałamaszkę darowano Ludwikowi Morgiewiczowi, on zaś mnie ją oddał. Nie podejrzywałam Ludwika o popełnioną względem mej siostry winę; zdziwiła mnie jednak niepewność jego, niechętne, jakby przymusowe odpowiedzi na liczne o mej siostrze zapytania, tak że wkrótce prawdę odkryłam. Opowiedziano mi tam o smutnem położeniu powstańców pod dowództwem Ostrogi będących; prosił on o pomoc w żywności, której już od 3 dni oddział jego nie posiadał, po kazano mi przygotowany transport prowizji, mówiąc, że się to marnuje, bo do oddziału nikt dowieźć nie może, gdyż bardzo są pilnowani.

Nie namyślając się długo, powiedziałam, że ja dowiozę. Odprawiłam człowieka z końmi do domu, sama zaś zabrawszy żywność do kałamaszki, zaprzężonej? naszą klaczą i pożegnawszy się z Morgiewiczami, w niebezpieczną tę podróż puściłam się, nie zważając na ich przestrogi, że w puszczy krążą oddziały kozaków, a ci spotkawszy mnie z zapasem żywności, domyślą się dokąd jadę i nahajkami zabić mnie mogą.

Z doli i niewoli:
Wspomnienia wygnanki
Elżbieta Tabeńska
Kraków 1897