wymarsz_powstancow

Wspomnienia Juliana Grzymała – Przybytki

Dzieciństwo moje „sielskie, anielskie” wypadło w epoce, kiedy wspomnienia z 1863 roku żyły w pamięci moich najbliższych, tworząc kartę niezapomnianą, romantyzmem zmagań beznadziejnych, lecz świętych natchnioną. Te pełne grozy i zarazem najwyższego napięcia patriotycznego wspomnienia, stanowiły tło, na którym rozwijały się wyobraźnia i uczucia nas, małych słuchaczy i zarazem zapalonych wielbicieli niedalekiej wówczas przeszłości. Pomnę te rozkoszne chwile, kiedy ja z bratem mym ś. p. Emilem wsłuchiwaliśmy się w wieczory zimowe w opowiadania babki naszej ś. p. Stefanii z Szalewiczów Popławskiej, wdowy po Julianie Popławskim, właścicielu Kożemiak, Wołczynek i Kopciuhy w pow. Lidzkim, a członku Komitetu Powstańczego powiatu Lidzkiego, jak również ś. p. Piotra Popławskiego, przyjaciela i towarzysza lat młodzieńczych dziada mego Juliana, a weterana powstania 1863 r. Karbowski w swej pracy o Narbucie mylnie nazywa Włodzimierza Popławskiego, członkiem Komitetu — Włodzimierz Popławski (herbu Drzewica) był bratem Piotra i myślę, że nie był wcale członkiem Komitetu, albowiem (wiem na pewno), był on dziesiętnikiem w partii Ludwika Narbutta; mówił mi o tym brat jego Piotr, a połączenie obu tych funkcji było niemożliwe. Włodzimierz pochodził z folwarku Krzewin, gm. Sobakińce i rodził się z Hoffmanowny, o ile się nie mylę, mieszkał zaś przeważnie w Kopciuże, gdzie pomagał w gospodarstwie przyjacielowi swemu i koledze ze szkół, Julianowi Popławskiemu (herbu Trzaska), który nawet nie był jego krewnym. Z Kopciuchy właśnie Włodzimierz Popławski wyszedł do powstania. Stąd, prawdopodobnie, Karbowski mieni go właścicielem Kopciuchy i członkiem Komitetu Powstańczego. Włodzimierz zginął pod Dubiczami, a Piotr, zmasakrowany w najokropniejszy sposób pod Henelkami przez Moskali, miał być już zasypany we wspólnej mogile z poległymi powstańcami, kiedy litościwy wieśniak przewiózł go do pobliskich Sobakińc, do krewnego jego Cypriana Szałewicza, gdzie ukrywany, jak w „Wiernej rzece”, wylizał się z ran.

Zesłany potem na Kaukaz, dzięki staraniom mej babki, na skutek manifestu powrócił przed terminem do kraju. Ś. p. Piotr Popławski był człowiekiem niebywałego hartu; nieraz, uproszony przeze mnie, dziewięcioletniego chłopca, pokazywał mi swe blizny po ranach, a miał ich 17, bo rozwścieczeni żołdacy jego oporem, kilkakrotnie podrzucali go na ostrzach bagnetów. Jedna kula ugrzęzła mu w nodze, rana się zabliźniła i biedak chodził z tą kulą, niewiele ją odczuwając; tylko w czasie słoty dawała mu się dotkliwie we znaki. Matka moja opowiadała, że w dzieciństwie jej któregoś dnia „Pan Piotr” (tak go zwykle nazywano) nie przyszedł w porę na obiad, więc babka wysłała ją do oficyny, gdzie „Pan Piotr” miał swą izdebkę, aby poprosiła go, żeby prędzej zasiadał do stołu; matka moja na próżno pukała do drzwi i kiedy zaciekawiona milczeniem zajrzała przez okno do pokoju powstańca, ujrzała następujący widok: „Pan Piotr” siedział na ławie z obnażoną nogą i zawzięcie dłubał scyzorykiem w miejscu gdzie miał kulę, na podłodze zaś stała miednica ze krwią i kubek z wodą oraz leżał kawałek czystego płótna. „Pan Piotr” zapowiedział, że obiad spożyje u siebie i skutecznie zakończył swą operację; po chwili kula została wydobyta, noga obandażowana, a „Pan Piotr” triumfował, że jest najlepszym dla siebie chirurgiem. Tacy to byli ludzie. Dziad mój, Julian Popławski, jako członek Komitetu, w dziale swym miał zaopatrywanie partii. Otóż opowiadała mi babka, że zarządził, aby babka z pannami służącymi i dziewczętami folwarcznymi, godnymi zaufania, uszyła 200 koszul dla powstańców. Praca kipiała, ale przeważnie nocami, aby nie zwracać uwagi.

Po kilku dniach dziad mój wrócił z tajnego posiedzenia Komitetu i zapytał babkę czy koszule wysłane. Ależ wysłane – odpowiedziała. — Aby nasi drodzy wojacy wiedzieli, komu zawdzięczają te wygodne koszule, na każdej koszuli u dołu zostały wyszyte twoje inicjały. Dziad chwycił się za głowę: — Ależ, Stefciu, w razie bitwy, gdy na poległych lub rannych znajdą koszule z mymi inicjałami, wykryje się od razu, że jestem członkiem Komitetu i zaopatruję powstańców. Przerażona babka moja, widząc swój błąd, natychmiast wysłała zaufanego lokaja z nożycami, który dognał wóz wiozący zapasy i bieliznę dla powstańców już na skraju Puszczy Grodzieńskiej i powykrajał inicjały mego dziadka z koszul. Nic to jednak nie pomogło; w parę miesięcy po tym czujny prystaw w Wasiliszkach zaaresztował mego dziada. Wysłano go pod eskortą Kozaków do Wilna i osadzono w więzieniu w murach poklasztornych przy kościele św. Piotra i Pawła. Babka moja, świadoma roli, jaką odgrywała „mamona” dla „czynowników” ówczesnych, spieniężyła wszystko co mogła, zabrała ze sobą całą niemal biżuterię rodzinną i pojechała do Wilna; a była to podróż nie lada, potrzeba było z Kopciuchy, gdzie wówczas dziadostwo zamieszkiwali, via Lida przebyć do Wilna końmi 120 wiorst. Babka Popławska po poczynieniu w Lidzie niezbędnych kroków i skaptowaniu wojennego naczelnika powiatu, pojechała dalej w drogę do Wilna, zaopatrzona w glejt; zatrzymywana przy licznych rogatkach, strzeżonych z nakazu władz przez chłopów, pomyślnie jednak przebyła tę ciernistą drogę i stanęła nareszcie w Wilnie. Lecz widzenia się z mężem nie uzyskała, dawała sobie babcia radę w ten sposób, że wchodziła na odpowiednią wysokość na wzgórze, znajdujące się przy kościele św. Piotra i Pawła i tak długo tam wystawała nim nieszczęsny więzień jej nie zauważył. Ze wzgórza tego babka moja na migi porozumiewała się z mężem w więzieniu. Pewnego razu zauważył tę niemą rozmowę szyldwach, podbiegł na wzgórze i silnie pchnął biedaczkę kolbą swego karabinu, tak że ta upadła i potoczyła się na dół. Można sobie wyobrazić boleść i oburzenie przyglądającego się tej scenie męża, tym bardziej, że nieszczęsna znajdowała się wtedy w stanie odmiennym. Widział jednak całe zajście pewien generał rosyjski z balkonu domu (obecnie Kukiela, o ile przypominam) i oburzony zbiegł do babki, podnosząc ją i przepraszając za czyn nieludzkiego szyldwacha. W takich to warunkach babka moja musiała czynić wysiłki ku zwolnieniu ukochanego męża z więzienia. W staraniach tych ugrzęzła nie tylko cała zebrana gotówka, lecz i cała biżuteria. Bardzo w tych staraniach był pomocnym wojenny naczelnik powiatu w Lidzie pułkownik Ałchazow, który, jakkolwiek w niektórych wypadkach wykazał cechy pewnej rycerskości, to jednak na pieniądze był bardzo czuły i wiecznie ich potrzebował (co stwierdza również i Zofia Kowalewska w swych „Wspomnieniach”). Cała „pierepiska” i dowody w sprawie Juliana Popławskiego tak były pokierowane, że znalazły się w rękach Ałchazowa. Babka moja została przez niego wezwana do Lidy i Ałchazow, pełen galanterii, w oczach babki wszystkie dowody winy dziadka i korespondencję rzucił do kominka, na którym palił się obfity ogień. Tym się tłumaczą skąpe wiadomości w archiwach o „prestupnoj diejatielnosti” w 1863 r. mego dziadka po kądzieli i ojca chrzestnego ś. p. Juliana Królewic-Popławskiego. I dziwna rzecz — w lat kilkadziesiąt po tym babka moja otrzymała z Paryża posyłkę anonimową, która zawierała część wydanej na łapówki biżuterii. Bogaty złoty zegarek, starożytny pierścień bardzo cenny z ogromnym brylantem, (pamiątka po podkomorzym Tomaszu Popławskim itp.). Załączona była kartka z wzmianką, że te kosztowności przeznaczają się dla tego, kogo babka nosiła w swym łonie w tych ciężkich chwilach (ś. p. Józefa Popławskiego, brata mej nieboszczki matki). Babka moja nie wiedziała komu były dane te kosztowności w czasie ubiegania się o zwolnienie dziadka, bo działała częstokroć przez pośredników.

W tych opowiadaniach, które tak głęboko wryły się w naszą pamięć słowa „prystaw” (asessor) żandarm, kozak, — nabrały takiego znaczenia, że kiedy prystaw, lub żandarm przyjeżdżał do dworu w jakim interesie, opanowywało nas dziwne uczucie ni to strachu, ni to jakiejś nieprzezwyciężonej niechęci, wskutek których usuwaliśmy się z pokoju, do którego wchodzili, i z ukrycia poddawaliśmy ostrej krytyce całą postać „wroga” od butów zaczynając, a kończąc na brodzie i „kudłach” na głowie. Kiedy z tytułu stanowiska mego ś. p. ojca musiał on w swym domu przyjmować gubernatora, wyższych urzędników i wojskowych, nie obchodziło się bez wylewów podświadomego opozycjonizmu z mej strony. Pamiętam, zjawił się pewnego razu w salonie młody, elegancki esauł kozacki, o bardzo miłym wyglądzie, który chciał ucałować „sławnego malczyka” i wziął mnie w tym celu na kolana; ja po szarawarach szerokich i czerwonych na nich lampasach poznałem, że to kozak i niezwykłą energią zasłoniłem się przed wrogiem i czerwony jak rak z oburzenia wyrwałem mu się gwałtownie i umknąłem z salonu. Za to postać Ludwika Narbutta urosła w naszych oczach do legendarnych rozmiarów. Narbutt, bohater, którego dziaduś i babcia i „Pan Piotr” tak dobrze znali; jakiż to zaszczyt dla mnie, doprawdy. — Babciu, mamusiu, Panie Piotrze, opowiedz o Ludwiku Narbucie i tak bez końca…

Teraz mieliśmy szczęście oglądać Większego Bohatera, Wodza całego narodu, na wieść o śmierci, którego nawet 8-letni synek mój Józio, cichutko zapłakał w łóżeczku. Lecz i On, Wódz narodu, z czynów bohaterów 1863 r. z całej owej epopei czerpał natchnienie do swych nadludzkich wysiłków na drodze do niepodległości Ojczyzny; bo epoka, cierpienia i obficie przelana krew odkupiły winy uświadomionych warstw narodu przed i w czasie rozbiorów popełnione.

Julian Grzymała-Przybytko
Ziemia Lidzka
Miesięcznik krajoznawczo-regionalny
R. 3, 1938 nr 5-6 (lipiec-sierpień)